Chańcza pod namiotem

wyr

Od dawna marzy mi się taka moto-wyprawa, tylko motocykl, droga, spanie pod gwiazdami. Najpierw myślałem o wschodniej Polsce, potem ograniczyłem się do Bieszczad. Na końcu, rozważałem już wyjście z domu, przepchanie moto na sąsiadujące pole i rozbicie się tam. Tak się poukładało 🙂

W końcu, kiedy na jakiejś sąsiedzkiej posiadówie, rzuciłem, że jadę biwakować Aquilą, myśl przerodziła się w pomysł na męski wypad. I tak, niejako przy okazji, myśl tę przekuliśmy w czyn.

W poszukiwaniach fajnej miejscówy, udaliśmy się do google maps – miało być w miarę niedaleko, miała być woda i możliwości biwaku. Upały trwające w Polsce, pchnęły jednak naszych rodaków w drogę i zmusiły do okupowania wszystkich bliższych miejsc z większym oczkiem wodnym. Po obdzwonieniu kilku znalezionych miejsc w necie, pozostała nam tylko Chańcza i pole namiotowe: Zbigniew Feldman.

Pan po drugiej stronie słuchawki okazał się bardzo pomocny, potwierdził, że miejsce się znajdzie, poinformował nas o sytuacji, zakazach nakazach i cenie. Do tego oznaczył nam proponowane miejsce taśmą – co wprost znaczy, że miejsce będzie pewne. To ważne, ponieważ jak sam stwierdził – prawo dżungli i kto pierwszy ten lepszy. Tak więc miejsce zaklepaliśmy i zabraliśmy się za pakowanie.

Chańcza to sztuczny zbiornik znajdujący się w południowo-wschodniej części województwa świętokrzyskiego. Od nas oddalony o ponad 160 km (180 km, zależenie od trasy). Niby nie daleko, a jedzie się tam ponad 2 godziny, częściowo autostradą/obwodnicą Krakowa.

Po godzinie 15:00 motocykl był objuczony bagażem i gotowy do drogi (reszta ekipy samochodowa).

Po wyjechaniu z naszych dróg lokalnych, wjechaliśmy na A4. Przez pierwszą część trasy prowadziłem, niestety już na autostradzie nawigacja dostała „zwiechy”, z której się już nie podniosła (offtopic: navitel dostaje ostatnią szansę – zaktualizuję soft i zobaczymy, przy następnej takiej akcji reklamuję dziada), więc dalej jechałem z tyłu. Na obwodnicy ponownie na liczniku pokazało się pod 120 km/h (było lekko z górki), prędkość ta równa jest ponad 100 km/h na nawigacji navitel. Nie jest wtedy komfortowo, a nawet lekkie podmuchy wiatru powodują uczucie braku kontroli nad moto. W okolicach Bochni skręciliśmy na północ i z jedną przerwą dojechaliśmy już drogami wojewódzkimi do miejscowości Życiny. Tam ponownie wybrałem numer do właściciela pola namiotowego, aby pokierował nas już na konkretne miejsce. Jak się okazało – dojeżdżało się tam piaszczystą leśną drogą, chociaż piaszczystą to mało powiedziane. Jeżeli ktoś zastanawiał się, czy załadowana aquila nadaje się do offroadu, podpowiem – NIE, NIE, NIE. Nie nadaje się 🙂 Leżałbym na pewno raz, a ile się namachałem i nakręciłem, to moje. Nie to, że mi się nie podobało – jeżdżenie cruiserem bokami po piachu ma w sobie urok, ale jednak trochę męczy 🙂 Pogubiliśmy się w leśnych dróżkach, co pozwoliło nam ocenić, że sporo osób wybrało Chańczę na miejsce biwakowego odpoczynku. W krzakach przy brzegu sporo było namiotów, przyczep kempingowych i camperów. W końcu dotarliśmy na wyznaczone miejsce ogrodzone czerwoną taśmą. Lokalizacja fajna. Przy samym brzegu zbiornika, a tuż za piaszczystą drogą las.Po szybkim rozejrzeniu się po okolicy, zabraliśmy się za prace obozowe. Kierowca samochodu pojechał po zakupy, a reszcie pozostało rozbicie namiotów, przygotowanie ogniska, naniesienie drewna. Ostatnią turę „patyków” przynieśliśmy już przy zapadającym zmierzchu.

Ciepła woda, ognisko ze swoim zapachem i dźwiękiem, wyżera z ognia, kąpiel nocą, męskie obozowe rozmowy – tak jednym zdaniem można podsumować wieczór. W końcu zmęczenie zagoniło nas do namiotów. Spać nie było łatwo, głośna muzyka przy akompaniamencie imprezowych krzyków, dochodzących z przeciwległego brzegu, skutecznie to utrudniała. W końcu udało się zasnąć.

Świt wygonił mnie z namiotu. Kawa z „kuchenki biedaka”, kąpiel w zalewie przy wschodzącym słońcu to coś niesamowitego. Wyobraźcie sobie, że wczoraj obudziłem się w wygodnym łóżku, a dziś namiot, kawa z ognia i samotne pływanie w chłodnej o poranku wodzie. I do tego, dotarłem tu w siodle motocykla. Taka namiastka wolności w stylu amerykańskim 🙂

Po smacznym śniadanku i ogólnym relaksie, przeplatanym kąpielami pozbieraliśmy się i ruszyliśmy w nasze strony. Zmodyfikowaliśmy trasę powrotną, tak żeby mocno ograniczyć poruszanie się po autostradzie. Dopiero w Krakowie zjechaliśmy na obwodnicę. Niestety nasze rejony przywitały nas zimnem i deszczem. Tradycyjnie dolało mi sążnie. Zaczęło się już na obwodnicy, niestety nie było gdzie zjechać, więc nie udało mi się ubrać stroju przeciwdeszczowego. Zmarznięty, przemoknięty, ale szczęśliwy dotarłem do domku. Dziękuję współtowarzyszom za krótką, ale świetną przygodę. Wkrótce powtarzamy! 🙂

Leave a Comment

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *